Wspomnienie kolegi od lat seminarium

Nie pamiętam już okoliczności, w jakich się poznaliśmy. Oczywiście było to w pelplińskim seminarium. W tamtych czasach nasze roczniki były bardzo liczne, więc w seminarium obecne były prawdziwe tłumy kleryków. Codziennie wszyscy spotykaliśmy się na korytarzu, w kaplicy, w salach wykładowych, w refektarzu czy w ogrodzie. Na pewno od razu znaliśmy się z widzenia, bo było to nieuniknione.

Kiedy się zaprzyjaźniliśmy? To na pewno dokonywało się etapami, jak to w przyjaźniach często bywa. Z czasem usłyszałem o nim, że jest nietuzinkowy, bo malarz i poeta. Chyba właśnie to jego malowanie nas zbliżyło. Ja oczywiście nie mam o malarstwie najmniejszego pojęcia. On wówczas otrzymał od księdza rektora wyjątkowy przywilej: osobne pomieszczenie na tak zwanym Górnym Olimpie, gdzie mógł malować. Był to swoisty koniec seminaryjnych korytarzy, a więc miejsce pełne spokoju i ciszy. Wpadałem tam czasem, aby porozmawiać.

Częściej dochodziło do tych rozmów, kiedy byłem już na piątym roku. Miałem wówczas bardzo konkretne kłopoty, z którymi musiałem się zmierzyć, i właśnie z Piotrem zacząłem w końcu o nich rozmawiać. A takie sytuacje zawsze bardzo zbliżają. Byliśmy z tego samego rocznika, ale on, z jakichś powodów, do seminarium wstąpił dwa lata później ode mnie. Miał za sobą doświadczenie próby życia zakonnego, a takie doświadczenie zawsze wiele człowiekowi daje. Posłuchałem go wówczas i starałem się być bardzo cierpliwy i pokorny. A kłopoty z czasem jakoś się rozwiązały.

Po moich święceniach kapłańskich łaska Boża ponownie splotła nasze drogi dopiero po czterech latach. Ja wówczas pracowałem w Koronowie, na obrzeżach diecezji, więc wszelkie informacje o Piotrze docierały do mnie nieco spóźnione. Może dlatego, że w jego życiu działo się wyjątkowo wiele. W tym czasie przyszła choroba księdza Piotra, operacja, Kraków, a po swoich święceniach kapłańskich trafił do pracy w Kościerzynie. Potem został przeniesiony do Koronowa.

Przyznaję, że kiedy dowiedziałem się o jego przeniesieniu do naszej parafii, bardzo się ucieszyłem. Był nam dany tylko rok, ale był to czas wyjątkowy pod każdym względem.

Kiedy byłem jeszcze seminarzystą, proboszcz mojej rodzinnej parafii, ksiądz Eugeniusz Syczewski, zaczął propagować nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. Wszystko za sprawą starego obrazu Jezusa Miłosiernego, znalezionego nieco przypadkowo podczas gruntownego odnawiania kościoła. Obraz został odnowiony i okazało się, że jest jednym z wielu wizerunków „Jezu, ufam Tobie”, które powstały podczas II wojny światowej na Mazowszu i Podlasiu. Były one świadectwem tego, że już wówczas nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia było tam nie tylko obecne, ale wręcz bujnie się rozwijało.

Kiedy po latach zdołałem w końcu kupić sobie „Dzienniczek” Siostry Faustyny, stał się on moją codzienną lekturą duchową. Ku mojemu zdumieniu podczas naszego ostatniego spotkania, w sierpniu 2016 roku, ksiądz Piotr wyznał mi, że widząc mnie czasami z tą książką jeszcze w czasach koronowskich, bardzo zainteresował się dziełem Siostry Faustyny.

Na koniec był Kraków. To właśnie tam czasami go odwiedzałem. Kiedy wyjechałem do Brazylii, moje wyprawy do Krakowa zdarzały się już tylko raz na dwa albo trzy lata. Zawsze jednak zapraszał i nalegał, abym przyjechał chociaż na kilka dni. Wykrawałem więc z mojego urlopu te kilka dni i jechałem przez całą Polskę do Krakowa.

Był to czas wspaniałych rozmów, modlitw, marzeń i odkryć. Z księdzem Piotrem odkrywałem nie tylko Kraków i Łagiewniki, ale także Czerną, Staniątka i Bielany. Przede wszystkim jednak odkryłem księdza Piotra jako kapłana wyjątkowo uduchowionego.

Pamiętam, że kiedy pytałem go, dlaczego już nie maluje, odpowiedział mi, że nie chciał tracić na to czasu. Uznał, że są o wiele ważniejsze rzeczy do zrobienia. Wtedy, z płomieniami w oczach, opowiadał mi o Apostolacie Ratunku Konającym. To były płomienie wiary, miłości i miłosierdzia. W listach do mnie, cały szczęśliwy, pisał o postępach w rozwoju ARKi: o działającej stronie, modlitewniku, rosnącej grupie, pokucie i rekolekcjach.

16 listopada 2016 roku zadzwonił do mnie, do Brazylii, pan Krzysztof, przyjaciel księdza Piotra, przekazując mi wiadomość, której absolutnie się nie spodziewałem. Wielokrotnie rozmawialiśmy z Piotrem o śmierci i o byciu na nią przygotowanym. Niemniej był to dla mnie moment wielkiego zaskoczenia. Po ludzku poczułem się tragicznie smutny i samotny.

Z czasem jednak dokonałem kolejnego odkrycia. Oto okazało się, że po śmierci księdza Piotra najwyraźniej jeszcze bardziej się z nim zżyłem. Mam na swoim biurku dziesiątkę różańca, na której ksiądz Piotr modlił się w ostatnich dniach i godzinach swojego życia. To relikwia, która sprawia, że zawsze staje mi on przed oczami. Ilekroć mam mówić tutaj ludziom o Bożym Miłosierdziu, czuję obecność księdza Piotra. Czuję, jakby doradzał mi, co i jak powiedzieć, aby łatwiej dotrzeć do ludzi.

Najdziwniejsze wydarzyło się jednak podczas covidowego szaleństwa, chociaż dla wierzących w świętych obcowanie nie ma w tym nic niezwykłego. Byłem w sumie jedną z pierwszych ofiar tego wirusa w Manaus. Najwyraźniej dopadł mnie jeszcze pod koniec marca 2020 roku. 16 marca wprowadzono tu izolację. Kazano nam pozamykać kościoły. My zdecydowaliśmy, że nasz, chociaż bez odprawianych nabożeństw, pozostanie otwarty.

Codziennie przychodzili do nas ludzie, błagając o pomoc. Rozdawałem to, co mieliśmy w naszym parafialnym Caritasie. Kiedy kończyło się jedzenie, prosiłem ludzi o pomoc i zawsze ktoś coś przynosił, abym mógł przekazać to głodującym. Kiedy już nie było wątpliwości, że mam COVID-19, wywieźli mnie do szpitala. Tam był ze mną ksiądz Piotr i moja mama.

Pamiętam, że pisane do mnie listy często kończył słowami: „Pamiętam zawsze o tobie w modlitwie w nieszporach”. Zupełnie spontanicznie w pewnym momencie również zacząłem to robić. Kiedy odmawiałem brewiarzowe nieszpory, dodawałem zawsze wezwanie w jego intencji. Teraz też to robię, ale rozszerzam tę intencję na całe jego dzieło.

Niech Bóg będzie uwielbiony w życiu, cierpieniach, śmierci i pamięci księdza Piotra!

                                                             Ks. Grzegorz Paderewski na misjach w Brazylii.